Wróg, a nie partner. Ruchy społeczne kontra machina propagandowa władzy.

February 10, 2018

 

Jeśli naczelnym priorytetem PiS jest utrzymanie elektoratu i poparcia, to zadaniem ruchów byłoby przejęcie niezdecydowanych, nieaktywnych albo zawiedzionych poprzednimi "elitami''. Ktoś powie, to zadanie partii politycznych. Pewnie tak, ale dziś okazują one tak potężną słabość, iż trudno na nie liczyć.

 

Tekst został opublikowany również na Gazeta Wyborcza. 

 

„Ruchy społeczne są trochę jak sztuka: są wysiłkiem, który wyraża wrażliwości dotychczas niewyartykułowane. Takie, o których dziennikarze jeszcze nie napisali, których prawnicy jeszcze nie omówili”, czytamy we wprowadzeniu do „The Social Movement Reader”, redagowanego przez Jeffa Goodwina i Jamesa M. Jaspera.

 

Pod koniec 2015 r. na fali sprzeciwu wobec łamania polskiej konstytucji powstał jeden z największych (liczebnie) i najszerszych (ideologicznie) prodemokratycznych ruchów w dziejach powojennej Europy - Komitet Obrony Demokracji. W 2016 r. debatą publiczną wstrząsnął "czarny protest". Przestrzeń „wyrażania wrażliwości”, różnych przecież, zagospodarowały też inicjatywy takie jak Dziewuchy Dziewuchom, Obywatele RP, Akcja Demokracja, Ogólnopolski Strajk Kobiet i wiele innych.

 

Jak myślicie, jakie mieliśmy oczekiwania wobec tych organizacji? Czy chcieliśmy wyrażenia naszych emocji? Znalezienia potężnego ujścia dla naszego niezadowolenia? Czy oczekiwaliśmy, aby organizacje (szczególnie te większe) przeprowadziły realną zmianę? Hm. Realną, czyli jaką? Zmianę polityczną? Czy może tylko tę na poziomie świadomości? Czy ruchy miały pozostać spontaniczne? Takie trochę amatorskie, a przez to dające więcej miejsca na, no właśnie, „wyrażanie społeczne”? A może oczekiwaliśmy profesjonalizacji, a przez to skuteczniejszych PR-owo działań?

 

Pytania, których nigdy nie zadaliśmy. Oczekiwania, którym nie przyjrzeliśmy się z należytą uwagą. Oraz oczekiwania, które też ewoluowały w czasie!

 

Spójrzmy wstecz. Pod koniec 2015 r. najważniejsze było wyrażenie się i zademonstrowanie sprzeciwu. Wszystkie pamiętne zdjęcia z masowych demonstracji obiegające cały świat dawały nam poczucie siły, wspólnoty, jedności. Mieliśmy nadzieję, iż partia rządząca się przestraszy. Zatrzyma swoje destrukcyjne, autorytarne działania, przestanie rozbudzać nacjonalizm, utrwalać patriarchat w imię bezpieczeństwa i godności.

 

Na początku 2018 r., a pewnie i o wiele wcześniej, rozumiemy już, iż przy postępującym w szalonym tempie rozkładzie demokracji, praw człowieka i standardów debaty publicznej wyrażanie jest niewystarczające. Co ważniejsze, Prawo i Sprawiedliwość ma swoją skuteczną strategię na rozwadnianie emocji społecznego sprzeciwu.

 

Wróg, nie partner

 

Po pierwsze, jak mówią sami politycy PiS – „We wszystkich sprawach, gdzie jakieś emocje się zdarzały, to szliśmy na ostro, ale jak był opór, to się wycofywaliśmy”. Tak, ale to nie koniec. Kaczyński czeka, aż opadną emocje, następnie robi kolejny krok w tę samą stronę. Jest to technika negocjacyjna grająca na wykończenie drugiej strony. Czyli strona rządowa „negocjuje'' z niezadowoloną częścią społeczeństwa. De facto, jednak nie traktuje jej jako partnera/partnerki, ale wroga, którego należy rozproszyć, wymęczyć, albo poczekać, aż rozbije się sam o wewnętrzne konflikty.

 

Po drugie, siłą PiS jest około 40-procentowe poparcie, którego motywy wystarczająco wyjaśnił już dr hab. Maciej Gdula w swoim badaniu i ostatnio publikowanych wywiadach (w jakim stopniu badanie w Miastku jest reprezentatywne, jest już inną kwestią). Wzmacnianie poparcia i utwierdzanie elektoratu w słuszności jego wyboru, czyli głosowania na PiS, jest gwarancją sukcesu tej partii.

 

Rodzi się więc pytanie o rolę ruchów społecznych w tej roztopionej już społecznej energii. Również to, o skuteczność tych działań, w kontrze do skonsolidowanej, obficie dofinansowanej, propagandowej machiny PiS-u. Machiny, która przy całej swojej niekompetencji, nieudolności spełnia swoją funkcję, bo odpowiada na aspiracje, chęć poczucia kontroli i mocy (za Gdulą) elektoratu tej partii.

 

Czyli? Co teraz?

 

Dla przykładu: Komitet Obrony Demokracji, jak pisze szef pomorskiego oddziału KOD, Radomir Szumełda, w blogowym tekście „KOD to nie firma pracująca na akord”, wciąż angażuje i mobilizuje. Za równo on, jak i wiceprzewodnicząca organizacji Magdalena Filks w swoich wypowiedziach publikowanych w mediach społecznościowych mówią o pracy organicznej, o setkach działań podejmowanych w regionach i na poziomie krajowym. Takim działaniem są debaty z prof. Rzeplińskim dla zainteresowanych obywateli i obywatelek odbywające się w różnych miejscach w Polsce albo „pikody”- uliczne punkty informacyjne, w którym koderzy i koderki rozmawiają z przechodniami o praworządności. Kolejny przykład to krajowy program Obywatelskiego Monitorowania Wyborów, który transformuje emocje społeczne w konkretne działanie.

 

Wielu jednak narzeka, iż KOD się skończył z dwóch powodów. Albo oczekiwało większej roli tego ruchu w odwróceniu passy PiS, albo (w tym też sami członkowie, około 9000) sprawniejszej profesjonalizacji działań.

 

Tak czy siak w obliczu warunków, jakie dyktują Prawo i Sprawiedliwość, ale i sytuacja globalna (zmiany technologiczne, geopolityczne), ruchy muszą dostosowywać swoje strategie, działania. Pytanie jest tylko jedno: czy mają ku temu zasoby (umiejętności, fundusze)?

 

Wyzwania.

 

Ostatnio aktywistka z jednej z organizacji kobiecych wprost powiedziała mi, iż jej grupa zwyczajnie nie ma zasobów, aby skutecznie działać, optymalnie działać. Co więcej, nie ma dostępnych grantów, po które mogłaby aplikować.

 

Pytanie zasadnicze jest następujące: czy ruchy się kończą, bo spada motywacja, zaangażowaniem, czy zwyczajnie wykańczają się na fali frustracji, wobec braku zasobów, aby działania sprofesjonalizować na ten długi przecież marsz.

 

Jeśli naczelnym priorytetem PiS jest utrzymanie elektoratu i poparcia, wówczas zadaniem ruchów byłoby przejęcie (czytaj: zaangażowanie) niezdecydowanych, nieaktywnych albo zawiedzionych poprzednimi „elitami''. Ktoś powie, to zadanie partii politycznych. Pewnie tak, ale w obecnym momencie okazują one tak potężną słabość, iż trudno na nie liczyć.

 

Kolejną sprawą, równie pilną, jest wykształcenie alternatyw dla systemu edukacji, który wciąż promuje hierarchiczność, posłuszeństwo i brak krytycznego myślenia. Szkoła nie uczy żadnych umiejętności nakierowanych na współpracę, współdziałanie itd. To na tych błędach bazuje dziś PiS. Tymczasem świat nie czeka - gna do przodu oparty na umiejętnościach miękkich. Aha. Zwracam uwagę na sformułowanie - wciąż promuje. Za ten stan rzeczy odpowiadają wszystkie rządy posttransformacyjne. Oczywiście w wydaniu PiS wyuczone posłuszeństwo będzie jeszcze dodatkowo silnie ideologizowane. Czyli jeszcze gorzej.

 

Dobrze, ale teraz realistycznie. Jak ruchy społeczne, które mają rozpoznawalność (Raport OKO.press), motywację, siatkę kontaktów mogą potencjalnie uporać się z tak ogromnym wyzwaniem? Bez pieniędzy, bez proaktywnego wsparcia w obszarze umiejętności (i owszem, również tych, których nikt z nas nie uzyskał w szkole), zaplecza technicznego? To ostanie jest fundamentalne.

 

Przykład z życia: w ciągu jednej nocy FB zmienia algorytm (myślę, iż mieliście okazję o tym czytać) i cała komunikacja nawigowana przez media społecznościowe zostaje wywalona z torów. W środowisku biznesowym już w następnym dniu CEO zarządza nowe szkolenia, płaci za nie. Za tydzień pracownicy są już w stanie funkcjonować w nowych warunkach. W środowiskach instytucji UE, sowicie finansowanych międzynarodowych NGO-sów, nie mijają trzy dni, a po e-mailach krążą publikacje o tym, jak się dostosować. Tak, dziś w takim tempie funkcjonuje świat. Każdy, kto nie nadąży, zostaje w tyle.

 

Kolejna sprawa. Ostatnio miałam okazję rozmawiać, z „rozpoznawalnym” dziennikarzem (szeroko publikującym w prominentnych mediach). Zagaduję go o jedną z kluczowych liderek społecznych. Nie zna jej. Dziwi mnie to, gdyż kobieta ta prowadziła większość lipcowych demonstracji i współorganizowała wiele prodemokratycznych działań przez ostatnie 2 lata.

 

Następnie rozmawiam z bardzo aktywnym działaczem społecznym i zagaduję go o teksty wspomnianego wyżej dziennikarza. Nie zna go. Dziwi mnie to, gdyż pojawia się on na pierwszych stronach poczytnych dzienników.

 

Hermetyczne światy, w których żyjemy, abstrahując już od hermetycznych „cywilizacji” (prawo-lewo, upraszczając), nie przenikają się nawzajem. Tylko proaktywne przekraczanie tych granic sprawi, iż siły będą się konsolidować i nabierać spójności. Dziś z wiedzą, ze świadomością, z umiejętnościami jest trochę jak z teorią bogactwa Adama Smitha - niewidzialna ręka miała wyregulować jego przepływ, coś miało „spłynąć w dół”. Wygląda jednak na to, iż nie do końca tak się stało. Jak te drogi udrożnić?

 

Rozwiązania - przenikanie

 

Po pierwsze, podnoszenie umiejętności aktywistów musi wyjść poza kółka elitarne. Oczekujemy, iż ruchy będą wewnętrznie zgodne, jednak nie dostarczamy metod rozwiązywania kryzysów i konfliktów. Oczekujemy, iż ruchy będą strategiczne, jednak dostęp do szkoleń z „planowania strategicznego'', a nawet świadomość tych narzędzi są nikłe. Chcemy profesjonalnej komunikacji, ale nie mamy pieniędzy, aby zapłacić za nią specjalistom i specjalistkom. Oczywiście mogą oni pomóc, raz czy dwa. Ostatecznie wybiorą jednak pracę za ogromne pieniądze dla korporacji czy instytucji i ograniczą swój wolontariacki wkład. Który, aby był skuteczny, musi być przecież długofalowy.

 

Stawiam otwarte pytanie, jak masowo dostarczać te umiejętności, wiedzę do aktywnych ruchów społecznych. Czy jest to odpowiedzialność większych polskich fundacji, które są odbiorcami wielu unijnych grantów? Czy jest to w gestii szkoleniowców, aby zorganizować się i wspomóc na własną rękę grupy, które tego potrzebują?

 

Po drugie, należy otworzyć dostęp do funduszy, z których ruchy mogłyby skorzystać. Wywarcie nacisku na instytucje Unii Europejskiej, aby pootwierały swoje fundusze na budowę społeczeństwa obywatelskiego w większym niż dotychczas stopniu, tak aby dosięgały też tych, którzy nie wiedzą, jak aplikować i gdzie znaleźć wsparcie, jest jedną z rzeczy, które są w gestii ruchów społecznych.

 

Mam na myśli społeczeństwo obywatelskie szeroko rozumiane. W tym również tę bardziej konserwatywną jego część. Gdybyśmy podnieśli standardy debaty publicznej i komunikacji po obu stronach politycznego spektrum, rozmawiałoby się nam o wiele konstruktywniej. Nie dotyczy to tylko Polski.

 

Po trzecie, należy się poznać. Tak, brzmi banalnie. Wychodzić ze swoich „baniek”. Konfrontować swoje poglądy i postawy z innymi grupami. Środowisko akademickie z aktywistycznym. Środowisko dziennikarskie z obywatelskim. Więcej "kodowskich pikodów” w innych formatach. Logo czy No Logo - nieważne. Wychodzić poza swoje kręgi, szukać drzwi do innych światów. Na razie po to, aby „zajrzeć” sobie do wzajemnych głów, otworzyć na współistnienie, aniżeli koniecznie zgadzać się w czymś.

 

Tak wiem...

 

Wszystko fajnie, ale to długo potrwa. Rozumiem frustrację. Niecierpliwość. Doraźnie również należy działać. Natomiast jeśli chcemy nadrobić zaniechania okresu transformacji, czyli brak wystarczającego nacisku na kształtowanie postaw obywatelskich (obok przemian prawnych i ekonomicznych), nie ma innej metody. Nowego kontekstu globalnego nasza intuicja też musi się nauczyć, zanim zacznie skutecznie nań odpowiadać. Im mamy większą tego świadomość i wykazujemy proaktywność w tej dziedzinie, tym lepiej.

 

Z dwojga złego możemy się pieklić, dlaczego taki czy inny ruch się kończy albo wykańcza, albo zastanowić się, czemu tak jest, i zacząć temu zaradzać. Odwrócić rzeki się nie da. Kijem. Tamą już tak.

 

Katarzyna Mortoń

 

 

 

 

Share on Facebook
Share on Twitter
Please reload

Recent post

September 12, 2017

July 3, 2017

Please reload

Le

Let's Stay in Touch!

Find Me on Social Media 

© 2017 by Katarzyna Mortoń